wtorek, 27 grudnia 2011

Ja mistrzyni.

          Szła leniwie wywijając mieczem i kopiąc przed siebie nawijające się pod metalowy czub buta kamyki, wyglądając jednocześnie czegoś co pozwoliłoby jej na rozgłos w okolicy. Przybyła do Harmandu niedawno i jeszcze nikt nie wiedział o jej obecności, chociaż wielu ją przeczuwało i starało się ostrzec pozostałych, monarchów w szczególności. Na daremno jednak, bo od dawna wiadomo było przecież, że na stałe osiadła daleko stąd na północy, pośród swoich. Tak przynajmniej sądzili ci, którzy z jej porywczym charakterem nie mieli do czynienia częściej niż rok rocznie i nie mieli pojęcia o jej zamiłowaniu do szerzenia fascynacji swoją osobą na całym świecie. W tajemnicy przed wszystkimi opuściła więc krainę Elfów i podążyła na zachód w poszukiwaniu nowych wyzwań dla swojej nieskromnej osoby. Była bowiem nikim innym jak wiedźminką. Wyjątkową, bo elfią, ale zawsze wiedźminką. W związku ze swoją profesją wyjątkowo wymagała tego, aby ludzie o niej wiedzieli, o niej i o jej zdolnościach, bez tego trudno by jej było żyć, zabijanie nieludzi było w końcu jej jedyna formą zarobku, a za to musieli jej płacić ludzie,  ich wrogowie właśnie. Ale aby zapłacić musieli najpierw wynająć, do tego zatem potrzebna była im wiedza o jej istnieniu.
"Na razie coś prostego, ale w miarę spektakularnego" - myślała. "To moczary, nie będę musiała długo szukać, coś się w końcu pojawi.Wywerna, albo Karłowaty smok, potem tylko zanieść głowę na rynek i o, ludziom tyle wystarczy, król i tak wie ile potrafię". Uśmiechnęła się mimowolnie wspominając ostatnie spotkani z królem Harmandu. Ten chaos jaki wywołała podczas jego ślubu i po nim. Chciał żeby było widowiskowo? Czy istnieje coś bardziej widowiskowego niż podanie liczby bękartów, które pan młody ma nie z tą damą, której zamierza za chwilę ślubować wierność? Raczej nie.
Podróżowała jednak do zachodu słońca i nie spotkała niczego co było by godne uwagi jej i jej srebrnego miecza. Zrezygnowana znalazła w miarę nierzucające się w oczy i ustronne miejsce na nocleg i roztoczyła wokół siebie aurę bezpieczeństwa. Po krótkim odpoczynku regenerującym siły po wykorzystaniu sporej dawki energii na zaklęcie nie bez trudu roznieciła niewielkie ognisko. Zapłonęło ono nikłym światełkiem na środku przezroczystej niby-bańki stworzonej przez magię i pozwoliło jej ogrzać wygrzebane z torby  jedzenie. Po tym zdała się całkowicie na ochronę nadprzyrodzoną, nie wypiła żadnego z eliksirów, zwyczajnie zasnęła pośrodku kuli z głową na skórzanej torbie i mieczem mimowolnie ściśniętym w prawej dłoni.      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz